Translate

sobota, 29 listopada 2014

Owen Matthews, „Dzieci Stalina. Trzy pokolenia miłości i wojny”

„Dzieci Stalina” to autobiograficzna opowieść Owena Matthews’a, brytyjskiego reportera i korespondenta wojennego, która w 2009 r. uzyskała nominację do brytyjskiej literackiej Nagrody Orwella. Opowiada o przodkach autora ze strony matki, a także o niezwykłej miłości, która połączyła jego rodziców i miała taką moc, że pokonała nawet „żelazną kurtynę”, czyli nieprzekraczalną granicę między Związkiem Radzieckim i zachodnią Europą.

Historia spisana przez Matthewsa jest niezwykle dramatyczna. Jego dziadek ze strony matki to Borys Bibibkow, partyjny agitator o żydowskich korzeniach, który mimo pochodzenia z zamożnej klasy, przyłączył się do rewolucjonistów i został komisarzem partyjnym. Na początku lat 30. pracował w fabryce traktorów w Charkowie, a potem w Czernihowie. Jego „praca” agitacyjna polegała m. in. na pisaniu haseł zagrzewających robotników do przekraczania planów produkcji na ścianach… ustępów!

Był to czas wielkiego głodu na Ukrainie. Na wsiach ludzie masowo umierali, a w miastach partyjni bonzowie mieli piękne mieszkania i robili zakupy w sklepach „za żółtymi firankami”. Rodzina Bibikowów żyła w luksusie, niczym dawna szlachta rosyjska, miała nawet służącą. Bibikow jednak podpadł w czymś Stalinowi i stał się ofiarą wielkich czystek przeprowadzanych w latach 30. Aresztowało go NKWD i po krótkim pokazowym procesie, podczas którego przyznał się do wszystkiego, co mu zarzucano (odchylenie trockistowskie), został rozstrzelany. Jego żona Marta Bibikowa trafiła na 15 lat do łagru. Zaś córki, 12-letnia Lenina (tak, tak, to nie błąd, „Lenina” było używanym wówczas imieniem żeńskim!) i dwuletnia Ludmiła (przyszła matka autora), zostały zabrane do domu dziecka dla dzieci „wrogów ludu”. Przeszły straszny głód i upokorzenia. Najgorsza dla dziewczynek była II wojna światowa, podczas której zostały rozdzielone i cudem się odnalazły po jej zakończeniu. Lenina wyszła za mąż za pilota Saszę, zaś Ludmiła okazała się bardzo zdolna i chętna do nauki. Udało się jej skończyć studia, nauczyć się dobrze kilku języków obcych i podjąć pracę w moskiewskim Instytucie Marksizmu-Leninizmu.

Na początku lat 60. los postawił na jej drodze nieco starszego, przystojnego Anglika (dokładnie Walijczyka), Mervyna Matthews’a, który od pewnego czasu przebywał w Związku Radzieckim, najpierw jako pracownik ambasady radzieckiej, potem jako naukowiec. 

I wybuchła wielka miłość! Młodzi bali się radzieckich służb specjalnych (tym bardziej, że Mervyn miał na pieńku z KGB, gdyż nie dał się zwerbować na agenta wywiadu radzieckiego), ale mimo to po paru miesiącach znajomości postanowili wziąć ślub. Był już wyznaczony termin w urzędzie stanu cywilnego, ale na skutek działań służb specjalnych uroczystość została odwołana, a Mervyn zmuszony do opuszczenia Moskwy.

Uczucie szaleńczo zakochanych ludzi przetrwało jednak wszystkie przeciwności. W latach 1963 – 1969 Mila i „Merwusia” napisali do siebie niezliczoną ilość listów. Ona pisała ręcznie po rosyjsku, on – na maszynie po angielsku. Dzwonili do siebie co dwa tygodnie, a dwa razy Mervyn dostał się bez wizy przez Finlandię do Estonii, by choć przez parę godzin widzieć się z ukochaną. Przez cały ten czas starał się o wyciągnięcie jej ze Związku Radzieckiego. Nagłaśniał sprawę w mediach. Zainteresował nią wywiad angielski. Pisał pisma m. in. do królowej brytyjskiej, do Chruszczowa, do przewodniczącego ONZ. W końcu poznał innego Anglika, który także starał się o wydobycie z ZSRR swojej narzeczonej i połączyli wysiłki… Jak się zakończyło, poczytajcie sami!

Opowieść Matthewsa nie jest tak linearna, jak to, co napisałam. Nie biegnie chronologicznie. Książka posiada wiele planów narracyjnych: mamy tam wplecione różne historie. Jest fragment dotyczący Borysa Bibikowa i jego wnuka Owena, który w byłym ukraińskim KGB miał możliwość przejrzeć jego teczkę. Jest historia dzielnej Leniny, która opiekowała się młodszą siostrą jak własnym dzieckiem. Oczywiście, czytamy też o miłości ponad „żelazną kurtyną”, która połączyła Ludmiłę i Mervyna. A wreszcie – mamy tam również opis życia autora jako reportera poznającego barwne nocne życie w Moskwie w latach 90. i późniejszą krwawą wojnę w Czeczenii, a także jego własną historię miłosną uwieńczoną małżeństwem z Rosjanką Ksenią.

Czyta się to świetnie. Nie ma tam żadnego sentymentalizmu, żadnego melodramatu, same gołe fakty. Język jest dość surowy, reporterski. Ale czasem za gardło ściskało mnie ze wzruszenia…

Książka ta powstawała 10 lat. Pisząc ją, autor korzystał z olbrzymiego zbioru listów swoich rodziców, dokumentów KGB, opowieści ciotki Leniny, a także wspomnień swego ojca „Mila  and Mervuysa” wydanych w 1999 roku.

Matthews Owen, „Dzieci Stalina. Trzy pokolenia miłości i wojny”, tłum. Elżbieta Piotrowska, Wyd. Albatros Andrzej Kuryłowicz, Warszawa 2009


niedziela, 23 listopada 2014

KRESY24.pl, czyli SKĄD się WZIĘLI GŁODUJĄCY HINDUSI w DONBASIE



Różne rzeczy widziałam w mediach, ale czegoś takiego jeszcze nie spotkałam. Od jakiegoś czasu portal Kresy24.pl pisze o tym, że w Donbasie ludzie głodują, a jako ilustrację pokazuje fotografię żebrzących mieszkańców Indii lub Pakistanu.

Oto 5 listopada 2014 r. Kresy24.pl podają, że w kontrolowanej przez powstańców Makiejewce mieszkańcy demonstrowali przed budynkiem miejscowej administracji, żądając kartek na bezpłatną żywność. I do tego – bach! Zdjęcie żebrzących, wychudzonych starych kobiet w egzotycznych szatach! Dalej jakieś informacje, że w sąsiedniej Gorłowce ludzie pobili się o padnięte kurczaki z opuszczonych ferm drobiowych.

Pod tekstem komentarz: „sami te bzdury wymyśliliście, czy przy pomocy ukrów? Zdjęcie widzę z Hindusami, ni jak do Doniecka. Ukry od lipca nie płacą emerytur, poblokowali konta, a rząd Doniecki zaczął wypłatę środków, jak tylko Kijów oficjalnie powiedział, że ma własne prawo w pogardzie. Mieszkam obok Makiejewki i mam tam znajomych i to Polaków i jakoś nie biją się o kurczaki.” Podpisano: Dawid – ten w Doniecku. Jak można się domyślić, chodzi o Dawida Hudźca, jedynego polskiego dziennikarza, który jest w Doniecku i relacjonuje wydarzenia bezpośrednio stamtąd.

Inny komentarz: „Ludzie, co wy za bzdury wypisujecie do diabła! Mieszkam w Polsce, ale mam rodzinę w Ługańsku, nikt tam nie głoduje – owszem, są trudności, ale przestańcie karmić się farmazonami, że bezimienna, tajemnicza „mieszkanka z Makiejewki”, którą cytuje Radio Swoboda wypowiada się o masowym głodzie – bzdura totalna. W ogóle zdjęcie tych HINDUSÓW (zamierzony zabieg – Hinduska nieco podobna do ukraińskiej babuszki) jest z 2012 roku i zostało użyte do artykułu o polityce USA! Tutaj link: http://www.forumdaily.com/nenuzhnaya-eda/
Jak łatwo Wami manipulować – to po prostu żałosne.” Podpisano: Roksi.
W kolejnym komentarzu Roksi pisze, że mam babcię pod Ługańskiem i ta babcia oraz jej sąsiadki codziennie gotują pełnowartościowe posiłki. Nikt tam nie umiera z głodu i nie żebrze.

Podobny tekst opublikowany na portalu Kresy24.pl po paru dniach nosi tytuł „Emeryci zaczęli masowo wymierać”. Tym razem Kresy24.pl powołują się na informacje ukrainskich dziennikarzy Aleny Reszetniak i Walentina Torby. Na miejscu w Doniecku jest Dawid Hudziec, który nic nie wie na temat masowego pomoru ludności Donbasu. Twierdzi, że owszem, sytuacja jest ciężka, bo rząd Ukrainy celowo nie wypłaca świadczeń pieniężnych, ale nikt z głodu nie umiera. Nie wiadomo, kim są tajemniczy dziennikarze Reszetniak i Torba. Nikt o nich nie słyszał w Doniecku. Nikt o takich nazwiskach nie otrzymał akredytacji dziennikarskiej w Doniecku.

Rozpoczynam poszukiwania tajemniczych dziennikarzy, od których pochodzi ta wiadomość. Okazuje się, że są to osoby realne, ale nie ma ich w Donbasie. Reszetniak jest prawdopodobnie z Kijowa, a Torba, jak się zdaje, mieszka w Ługańsku.

W międzyczasie wieść o głodowej śmierci w Donbasie pojawia się w TVP INFO. Dziennikarz telewizyjny Dariusz Bohatkiewicz w materiale pod tytułem „Ludzie nie mają już co jeść. W Donbasie coraz więcej umierających z głodu” pisze, że sytuacja ludności cywilnej jest tragiczna. W ostatnim miesiącu z głodu zmarły co najmniej 63 osoby. Tę informację ma potwierdzać Kijów i władze Donieckiej Republiki Ludowej. 

Pod tekstem Bohatkiewicza pojawia się komentarz Dawida Hudźca:  
„Zapytam skąd TVP ma takie informację? Z internetu naturalnie jak zwykle i ukraińskich serwisów rządowych. Rząd Donieckiej Republiki Ludowej, a także rząd Ługańskiej Republiki Ludowej NIGDY nie podał informacji, aby ktokolwiek w Donbasie zmarł z głodu! Skąd TVP czerpie więc taką „wiedzę“? W Doniecku pozostali mieszkańcy, którzy również nie chcieli wyjechać-może czas zauważyć, że większość uchodźców skierowała się do Rosji, a nie w stronę ukraińskich wyzwolicieli? Dlaczego?
Ja mieszkam w Doniecku i mam bieżącą wodę, mam gaz, mam prąd, mam ogrzewanie. Przedwczoraj byłem wraz ze Słowackimi wolontariuszami w ostrzeliwanej dzielnicy Kijewskiej i także działają tam media- nie wierzycie to przyślijcie to któregoś ze swoich reporterów, osobiście mu pokaże jak wasze rewelacje mają się do rzeczywistości. Czyli ogóle.
Żywność oczywiście podrożała, może pora zauważyć, że Ukraina wprowadza systematycznie blokadę gospodarczą i niszczy noworosyjski przemysł dla samego zniszczenia? Tylko, że żywność podrożała maksymalnie o 30%, a nie czterokrotnie.
Oczywiście, że emerytury i środki socjalne nie były wypłacane, bo pan Poroszenko ogłosił, że Ci starsi ludzie to terroryści i zakazał wypłaty takich świadczeń. Świadczenia te mimo braków w funduszach wypłacają teraz rządy republik ludowych.
Szpitale pracują, jak choćby ten którego zdjęcia po ukraińskim ostrzale pokazywałem jako pierwsze po swoim przyjeździe do Doniecka.
Byłem również na miejscu rozładunków tychże konwojów humanitarnych i żadnej broni nie widziałem, a widziałem za to dystrybucje żywności przez Batalion Humanitarny „ Noworosja“ .
Ile natomiast pomocy tym ludziom wysłał zachód?!
Bez wyrazów szacunku - Dawid Hudziec, z Doniecka”

No i tak to jest…
Za komuny wszyscy wiedzieli, że media kłamią. Dzisiaj ludzie łykają to, co podają. Nie wszyscy, ale jednak część łyka.
Ludzie! Nie wierzcie w to, co piszą media! Pomyślcie, poszukajcie, zastanówcie się, skąd pochodzą informacje!  Sami szukajcie źródeł!

Miałam jeszcze pisać, skąd się wzięły Kresy24.pl i kto za nimi stoi, ale to by było za dużo na jeden raz. Może kiedy indziej napiszę! 

Powtarzam: z tego, co mi wiadomo, nikt w Donbasie nie umiera z głodu. Niemniej pomoc humanitarna dla jego  mieszkańców by się przydała. Nawet Słowacja zorganizowała taką pomoc, czas na Polskę, by się także wykazała pomocą. Gdzie są nasze organizacje humanitarne? Gdzie jest ta pani, co to lubi jeździć na wojnę?

Zdjęcie przedstawia wydawanie pomocy humanitarnej osobom głuchoniemym w Donbasie. Fot. Dawid Hudziec

Bibliografia:

Donbas chce jeść! Zaczęły się bunty głodowe | - Kresy24.pl

Największa zbrodnia tej wojny: emeryci zaczęli masowo ...

  



środa, 19 listopada 2014

CZYTELNICZE ROZCZAROWANIE: Jastrzębski Maciej, „Matrioszka Rosja i Jastrząb”


Kupiłam, przeczytałam, nawet miło się czytało, ale jeszcze nie wiem, czy mi się podobało, czy też nie. Na pewno mam pewien niedosyt.

Jednej rzeczy nie rozumiem… Autor był korespondentem Polskiego Radia w Moskwie w latach 1991-2013 i napisał TYLKO taką książeczkę? No, owszem, przy niedostatku publikacji o współczesnej Rosji dobre i to, ale dlaczego tak mało?

Poza tym, dlaczego to nie są reportaże, tylko takie dość ogólnikowe informacje o tym i owym połączone postacią fikcyjnego wujka Borysa, który spełnia tu rolę Szeherezady?

Mogę się mylić, ale naprawdę mam poważne podejrzenia, że ogromna część tej książki była pisana zza biurka. A pisanie zza biurka to jedno z największych przestępstw dziennikarzy! Naczelny redaktor zawsze powtarzał, że trzeba podnieść dupę z krzesła i ruszyć się z redakcji. Tematy do pisania leżą na ulicy! Wystarczy się schylić i je podnieść!

Nie ukrywam, że spodziewałam się czegoś w rodzaju „Nie ma jednej Rosji” Barbary Włodarczyk (czyli wnikliwego reportażu, chyba przez 20 lat było dość czasu i okazji, by zrobić taki reportaż?), a dostałam książkową „sałatkę” na temat Rosji!

Mało, redaktorze Jastrzębski, mało! Jak na podsumowanie przeszło 20 lat pracy w Moskwie to naprawdę stanowczo za mało! Zdecydowanie dobry jest tylko początek tej książki, w którym jest opisany rozpad Związku Radzieckiego, widziany własnymi oczami, jak również rozdziały poświęcone Polakom w Rosji. Może trzeba było rozwinąć ten ostatni temat, bo to red. Jastrzębskiemu wychodzi najlepiej,  a nie pisać o wszystkim na 284 stronach?   

Jastrzębski Maciej, „Matrioszka Rosja i Jastrząb”, wyd Helion, Gliwice 2013

niedziela, 9 listopada 2014

Sofka Zinovieff, „Czerwona księżczniczka”




Moja babcia była rosyjską księżniczką i komunistką w jednej osobie, a poza tym miała skłonności nimfomańskie i zaliczyła co najmniej setkę kochanków – tak ktoś złośliwy mógłby streścić tę książkę. Ale ja nie chcę być złośliwa, bo „Czerwona księżniczka” Sofki Zinovieff bardzo mi się podobała. To taka lektura, która „trzyma” czytelnika od pierwszego zdania do ostatniego; taka, po której skończeniu mówimy tylko: „WOW!”.

Sofka Zinovieff to brytyjska dziennikarka i pisarka, która wzięła na warsztat skomplikowane losy swojej babci, Sofki Skipwith, która z domu nazywała się Dołgoruka i urodziła się w Sankt Petersburgu, gdzie jej babcia Olga była damą dworu cesarzowej Marii Fiodorowny (matka Mikołaja II).  Ojcem Sofki był książę Piotr Dołgorukow a matką – ekscentryczna księżniczka Sophy Bobrzyńska, która przyjaźniła się z Anną Achmatową, studiowała medycynę i uczyła się pilotażu. Wśród przodków dziewczynki wymienia się carycę Katarzynę II (Bobrzyńscy wywodzili się od nieślubnego syna Katarzyny, którego miała ze swym faworytem Aleksejem Orłowem) i Zofię Wittową Potocką, zwaną „Piękną Greczynką”. Takie parantele mają tłumaczyć – według autorki - jej skłonności do nimfomanii.

Sofka urodziła się na początku XX w. i była wychowywana do zupełnie innego życia, niż to, które stało się jej udziałem. Jej świat niczym z powieści Lwa Tołstoja zburzyła historia. Przyszła I wojna światowa, potem rewolucja październikowa, car Mikołaj II wraz z rodziną został rozstrzelany. Trzeba było uciekać z kraju w obawie przed bolszewikami i głodem. Kilkuletnią Sofką zaopiekowała się babka Olga, która wraz z całym dworem Marii Fiodorowny ewakuowała się na statku odpływającym z Krymu do Wielkiej Brytanii.

Życie dziewczynki na emigracji było skomplikowane. Jej rodzice się rozstali, ojciec ożenił się z cygańską śpiewaczką i miał z nią nowe dzieci. Matka wyszła ponownie za mąż za arystokratę, który został uwięziony przez Czeka. Ryzykując życie, z fałszywymi dokumentami, wróciła po niego do Związku Sowieckiego (potem udało się wywieźć do Estonii nie tylko męża, ale też jego matkę i służących).

Ponieważ rodzice nie mogli zapewnić Sofce opieki, pozostawała wciąż u babki, wychowywana przez angielską guwernantkę. Do normalnej szkoły poszła dopiero w wieku kilkunastu lat. Finanse babki Olgi były w coraz bardziej opłakanym stanie, ale wciąż ją było stać na podróże po Europie i pomieszkiwanie to w Rzymie, to w Nicei.

Sofka wcześnie zainteresowała się literaturą. Wcześnie też zaczęła pracować. Już w wieku 17 lat była sekretarką angielskiej księżnej Niny Hamilton, potem pracowała w tym samym charakterze dla aktora Laurence’a Oliviera. Równie wcześnie odkryła uroki męskiego towarzystwa. Wyszła za mąż za rosyjskiego emigranta, Leo Zinovieffa, także z rosyjskiej arystokratycznej rodziny. Urodziła dwóch synów i porzuciła męża dla młodszego kochanka. Szybki rozwód, potem ślub. I tak stała się panią Skipwith. Urodziła jeszcze jednego syna, ale spokojne życie rodzinne nie było jej udziałem. W 1940 r. pojechała do Paryża, by pomóc finansowo matce, która wraz z mężem dzieliła los przegranej rosyjskiej emigracji. We Francji nie uznano jej dyplomu lekarza, pracowała więc jako kierowca nocnej taksówki. 

Wtedy w Paryżu można było spotkać członków rosyjskiej emigracji wykonujących różne służebne zawody, co doskonale ilustruje przytoczona przez autorkę anegdota z tamtych czasów:
„Dwóch mężczyzn siedzi w paryskiej restauracji.
- Widzisz tego kelnera? Był hrabią w Sankt Petersburgu. A znasz szefa kuchni? W Rosji był wielkim księciem.
- Cóż – odpowiada drugi. – Widzisz tamtego pudelka przy drzwiach? W Rosji był dogiem olbrzymim.”

Autorce „Czerwonej księżniczki” udało się na jednostkowym przykładzie swojej babci przedstawić skomplikowane i tragiczne losy rosyjskiej emigracji. Ich borykanie się z biedą, głodem, brakiem dokumentów i pracy, bezdomnością, a nawet – rzecz zupełnie niezrozumiała, bo przecież uciekli przed bolszewikami – skłonność niektórych Rosjan do zapisywania się do partii komunistycznej po II wojnie światowej. Dlaczego? Po co? Czy to był jakiś masochizm polityczny?

Na te pytania próbuje odpowiedzieć Sofka Zinovieff w swojej książce, w której wykorzystała nie tylko pozostałe po babce dokumenty i pamiętniki, ale także przeprowadziła prawdziwe śledztwo dziennikarskie. Podróżowała do Rosji, do miejsc z nią związanych (odwiedziła m. in. Sankt Petersburg i Krym), spotykała się z mieszkającymi w całej Europie krewnymi i ludźmi, którzy ją znali, zbierając relacje o kontrowersyjnej, wieloznacznej Sofce Skipwith, która zakończyła swe barwne życie w Anglii.

Całość jest napisana w stylu reportażu historycznego, bardzo żywym i wciągającym stylem. Jak wspomniałam, czyta się to jednym tchem! Świetna historia i świetnie opowiedziana!

Zinovieff Sofka, „Czerwona księżczniczka. Biali emigranci i komisarze”, tłum Sławomira Kaczmarek, wydawnictwo Bellona, Warszawa 2012